Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Psyche. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Psyche. Pokaż wszystkie posty

sobota, 23 maja 2015

Jedz normalnie

Od jakiegoś czasu obserwuję dziwne zjawisko. Czy to dotyczy anorektyczek, czy wychodzących z choroby anorektyczek, czy fit freaków, czy wegetarian, czy innych osób dbających o to, co znajduje się na ich talerzu. Gdy tylko opublikują w "internetach" swój jadłospis, prędzej, czy później pojawia się komentarz: "Zacznij jeść normalnie". A co to znaczy normalnie? Otóż dla naszego cudownego zasiedziałego na kanapie przed telewizorem społeczeństwa, oznacza to ni mniej ni więcej, niż kanapka z masłem i wyrobem wędlinopochodnym na śniadanie, potem jakaś słodka bułka zapita Colą, na obiad schabowy panierowany z ziemniakami i surówką, potem jakiś baton i na kolację znów biała buła, tym razem niech będzie z pasztetem z alu-packa. To znaczy normalnie. Jeśli tylko ktoś bardziej świadomie wybiera swoje produkty (abstrachując juz od tego, czy jego dieta to 1000kcal czy w pełni zbilansowany jadłospis), zaraz od tej "normy" odbiega i należy mu doradzić, by lepiej tego nie robił. No, bo przecież to chore wyliczać makro, czytać etykiety, prowadzić dziennik. Jasne, chore jest to, gdy męczysz się sam ze sobą, obliczenia i cyferki panują nad Tobą, a nie odwrotnie. Ale jeśli czujesz się dobrze, osiągasz super efekty, łącząc wiedzę, świadomość i praktykę to właśnie JESZ NORMALNIE! Amen.

wtorek, 31 marca 2015

Cheat meal czy cheat week?

Cheat meal -  tak zwany "oszukany posiłek", czyli taki, który nie jest zgodny z naszym ustalonym sposobem żywienia. Wprowadza się go przy ściśle przestrzeganej diecie, by odciążyć nieco psychikę i dać kopa metabolizmowi.

Dla mnie, cheat to taki sposób na znalezienie granicy między zdrowiem, a obsesją. Po latach choroby już wiem, jak łatwo mi się uzależnić od liczenia kalorii, jak szybko wpadam w tą rutynę i jak łatwo stracić nad tym kontrolę. Kiedyś obiecałam sobie już nigdy nie liczyć wartości odżywczych posiłków i po prostu jeść normalnie. No właśnie, ale czy normalnie to znaczy wszystko? No też nie do końca. Przyszedł czas, że to moje "normalnie" przerodziło się w 70kg i bynajmniej, nie były to mięśnie. Nie wiem, jak dużą zasługę miała tu moja szwankująca, niezdiagnozowana jeszcze tarczyca, ale dziś uważam, że trzeba znaleźć złoty środek.

Gdy zaczęłam ćwiczyć, stwierdziłam, że skoro już coś robię, to oczekuję wymiernych efektów i jak coś robić, to na całego. Ustaliłam więc sobie dietę. A żeby się jej trzymać, prowadzę dziennik posiłków. Ale nie jest to taki dziennika jak kiedyś. Daleko mu do zeszytów zapisanych słupkami jedynie z ilością kalorii, uwzględniające nawet pomidora i nieprzekraczające 1000kcal. Teraz, bardziej skupiam się na odpowiedniej podaży białka, tłuszczy i węglowodanów. Tych ostatnich często mam niedobór, ale białko zawsze musi się zgadzać. Dodatkoo, większości warzyw nie wliczam do bilansu. A żeby uniknąć wspomnianego "uwiązania się" dietą, pozwalam sobie czasem na odrobinę (albo i więcej) luzu.
Nie jestem kulturystką, ani fitnesską, nigdy nią nie będę i nawet nie zamierzam. Dlatego uważam, że nie zaszkodzi mi, jeśli raz czy dwa razy na tydzień napiję się wina (wytrawne, dosładzane słodzikiem dla mniejszej szkodliwości :)), zazwyczaj w ten dzień idę też z mężem i synkiem do restauracji. Bardzo lubimy też wyjazdy. Najczęściej wybieramy takie, ze szwedzkim bufetem na śniadanie i wtedy najczęściej przez kilka dni jest "hulaj dusza". Psychika mi wtedy bardzo odpoczywa, mam kopa do dalszych treningów i trzymania diety. A progres w wyglądzie jest i to jest najważniejsze!

Dlatego, jeśli nie wiesz jaką drogę wybrać, nie wiesz, czy dalej się głodzić, czy wyluzować na 100% i "olać" lustro, albo męczysz się ze swoją dietą, to powiem Ci jedno. Nie tędy droga! Najważniejsze, to
ZNALEŹĆ RÓWNOWAGĘ Z SAMYM SOBĄ!

czwartek, 12 marca 2015

Kolejny sukces!

Pamiętam, jak byłam na granicy. Tak panicznie bałam się zacząć jeść choć odrobinę więcej, by się nie roztyć. Mój mąż (ówczesny chłopak), nie mydlił mi oczu. Przyznał, że pewnie przytyję, że nie wiadomo na jakiej cyfrze zatrzyma się waga. Ale przecież zawsze mogę zrzucić nadwyżkę, ale w zdrowy sposób. I ta myśl przyświecała mi cały czas. Chciałam być zdrowa, chciałam być matką, cieszyć się z życia. Patrząc teraz na mojego słodko drzemiącego synka, nie żałuję. Nie żałuję nawet przez pryzmat tego, że tarczyca skutecznie uniemożliwiła mi chudnięcie przez długi czas. Odkąd zaczęłam wychodzić z anoreksji, miałam kilka przygód ze sportem. Chodziłam na siłownię, później na fitness, dietę starałam się trzymać zdrową, ale waga stała w miejscu. I wreszcie nadszedł ten moment. Ten, w którym powinnam była się znaleźć 12 lat temu. Jem, trenuję i chudnę! Dziś na wadze odnotowałam kolejne 1,2kg mniej niż miesiąc temu! :) A co najważniejsze mam siłę, moje ciało jest jędrniejsze, mięśnie coraz bardziej widoczne, metabolizm coraz szybszy! Aż chce się żyć!

Jesteś na początku choroby? Zastanów się, co jest dla Ciebie ważniejsze! Suche liczby, obwisłe, słabe ciało, brak chęci i siły na cokolwiek? A może by tak napędzić metabolizm? Uniknąć tego całego bagna, wyrywania się chorobie pazurami? Mieć powera do życia, siłę i piękną, sprężystą figurę? Usłyszeć od kogoś: "Podziwiam Cię, jak to zrobiłaś?"

A jako nagroda za efektywny tryb życia, dziś na drugi posiłek słodki, fasolowy omlet :)


Omlet fasolowy z polewą o smaku białej czekolady

Składniki:

130g białej lub czerwonej fasoli z puszki lub gotowanej
2 jajka
łyżka kakao
szczypta proszku do pieczenia
szczypta soli
40g mąki gryczanej
słodzik (taki który nie rozkłada się pod wpływem wysokiej temperatury!)
20g odżywki białkowej o smaku białej czekolady




Fasolę miksujemy na gładko (jak zostaną jakieś kawałki to nic, smakują później jak orzechy). Dodajemy jajka, mąkę, kakao, proszek, sól i słodzik. Dokładnie mieszamy i wykładamy na dobrze rozgrzaną suchą patelnię. Po ok 5 minutach przewracamy na drugą stronę i dosmażamy jeszcze chwilkę.
Odżywkę mieszamy z niewielką ilością wody i polewamy gotowy omlet.

Wartość odżywcza: 530kcal
Białko: 42g
Węglowodany: 46g
Tłuszcz: 20g

poniedziałek, 16 lutego 2015

Ona ma to coś...

Nigdy nie byłam duszą towarzystwa. Owszem, lubiłam spotykać się ze znajomymi, dobrze się z nimi bawiłam, nie byłam konfliktowa. Ale zawsze byłam gdzieś w cieniu innych. Dojrzewaliśmy, przechodziliśmy pierwsze miłości, zauroczenia. A ja patrzyłam na to jakby z boku i zazdrościłam. Zawsze, jeśli ktoś miał powodzenie, to nie byłam to ja. Jeśli w grupie jakaś dziewczyna się komuś spodobała, nie byłam to ja. Pozostawało mi leczyć załamane, zauroczone serce i pisać pamiętniki. Nie byłam brzydka. Nie byłam gorsza. Może trochę bardziej przy kości, ale to nie tu tkwił problem. Dziś już wiem, że brakowało mi pewności siebie, poczucia tej kobiecości która budziła się w moich rówieśniczkach. A nastolatkowie są okrutni...

Gdy w końcu postanowiłam się "wziąć za siebie" (o zgrozo), spadać zaczęła waga, a poczucie własnej wartości rosło. Cieszyło mnie to, ale nadal w mojej głowie tkwiła ta zakorzeniona bojaźliwość. Nie potrafiłam z podniesioną głową przejść obok grupki facetów. Ktoś się na mnie spojrzał, a ja chowałam głowę w piasek. "Bo może wyglądam nie tak?" Jedynym momentem w którym skorzystałam z tego chwilowego przypływu było pójście na dyskotekę i poznanie mojego obecnego męża na parkiecie. Tak, tak :) Można poznać miłość swojego życia mając 17 lat na parkiecie głośnego klubu - to się zdarza, naprawdę :)

Później minęło wspomniane przeze mnie 6 lat wegetacji. Gdy zaczęłam na nowo żyć, myślałam, że już wszystko będzie tak jak powinno. Ale niestety, nie wszystko jest tak kolorowe jak w bajkach.

Jestem kobietą. Jak w każdej z nas, jest we mnie nieco próżności. Z okresu odchudzania zostało mi na pamiątkę może nieco zbyt duże zwracanie uwagi na swój wygląd. Staram się dbać o siebie, nie zapuścić się, mimo iż jestem taką trochę kurą domową z małym dzieckiem, mam stałego partnera i w sumie najważniejsze powinno być dla mnie to, że podobam się Jemu. Ale nadal świta w mojej głowie, że przeszedł ze mną to piekło, że mnie zna i nigdy nie powiedziałby mi że mam za dużo tu i ówdzie, bo mogłoby się to skończyć źle. Mam co prawda już większy dystans do siebie. Wiem, że nie będę idealna i nawet do tego nie dążę, bo nie chcę na siebie narzucać aż takiego rygoru. Wzdrygam się nawet na samo jego wspomnienie. Dodatkowo moja choroba tarczycy nie ułatwia mi sprawy. Tak czy inaczej, dalej chciałabym wiedzieć, że jestem atrakcyjna i odczuć to co jakiś czas nawet od obcych osób...

Ostatnio rozmawialiśmy o tym, że w towarzystwie nadal to ja jestem tą ostatnią do której lgną faceci. Nie czuję się przecież gorsza, nie czuję się brzydsza od moich koleżanek, ale...No właśnie. Podczas, gdy one pielęgnowały w sobie pewność siebie, swoje poczucie wartości, ja pielęgnowałam swoje kompleksy. Wrosły one we mnie tak głęboko, że już nawet nieświadomie wyglądam na (pisząc bez ogródek) "najsłabszą sztukę w stadzie". Inne patrzą na facetów z góry, ja nie patrzę wcale. Inne podświadomie flirtują spojrzeniem, gestem, ja tego unikam. Inne potrafią postrzegać siebie w sposób niezwykle atracyjny, ja zwykle szukam dziury w całym.

Nie wiem, czy jest to kwestia charakteru, wychowania, doświadczeń życiowych, ale wiary w siebie trzeba się uczyć od zarania. Trzeba pielęgnować w sobie swoje zalety, nie skupiając się zbytnio na wadach, bo niechybnie te drugie przysłonią pierwsze...Moja samoocena i tak jest teraz na niezłym poziomie i na co dzień nie odczuwam zbytnio emocji o których napisałam. Jestem spełnioną żoną i matką i uważam, że mimo tych przykrych doświadczeń, jestem teraz w świetnym punkcie życia. Jednak zdarzają się takie myśli.

Apeluję więc: Nie pozwól, by ktokolwiek Cię oceniał, nie pozwól, by to odbiło się na Twojej samoocenie! Pielęgnuj swoje zalety i wiedz, że to właśnie TY jesteś tą jedyną w swoim rodzaju, dla kogoś najpiękniejszą i najmądrzejszą, jedyną na świecie Osobą!

piątek, 13 lutego 2015

Żegnaj anoreksjo!

Blog...

Pomysł na blog zrodził się w mojej głowie dawno temu. Bo potrzebuję czasem wylać gdzieś swoje przemyślenia, a w dobie "internetów" pisane w papierowych zeszytach jest passe (no, i miejsce zajmuje :)). Chciałam się też nimi z kimś podzielić, nierzadko kimś anonimowym, może w czymś mu pomóc, doradzić, zmotywować. Nie miałam tylko pomysłu co, jak, o czym i po co. W końcu mój mąż powiedział: "Napisz o tym, co ci się w życiu udało"...

Pierwsze o czym pomyślałam, to Synek. O dzieciach blogów (i to dobrych blogów) w sieci jest mnóstwo. Z resztą, jako mama niespełna dwulatka, za ekspertkę od nich się nie uważam. I chyba nie chciałabym być skrytykowana niczym Pani Ślotała, że co ja wiem, że moda taka, albo  mam parcie na szkło.

Kolejnym tematem jaki zaświtał mi pod czupryną, była anoreksja. A właściwie to, że ją pokonałam.
I tutaj właśnie zacznie się mój blog.


Choroba ta, odebrała mi szmat życia, lwią część moich najlepszych lat. Nigdy nie byłam najszczuplejsza, nigdy nie byłam najładniejsza, przez lata otoczenie pielęgnowało we mnie kompleksy. Albo zgoniłam to na otoczenie, a to jedynie moja słaba psychika...Mając 16 lat postanowiłam wziąć się w garść i schudnąć. Zaczęło się niewinnie. Odstawienie słodyczy, potem pieczywa, tłuszczu i tak po kolei większości produktów pozostając tylko przy chlebie chrupkim, owocach i warzywach, oraz chudym nabiale. Ale chudłam. Znajomi i nieznajomi zaczęli mnie wreszcie dostrzegać, zaczęłam czuć się pewniej, podobać się.  

Wyszłam z cienia!

Traf chciał, że poznałam wtedy mojego obecnego męża. (Dzięki Ci losie!) W ciągu 3 lat schudłam do 45kg. Życie przestało mnie bawić. W ogóle cokolwiek przestało mnie bawić, cieszyć, przestało mi się chcieć. Wszystko kręciło się jedynie wokół jedzenia, kalorii, wagi. 

Cyfry, cyfry, cyfry...

Ciągle było mi zimno i chciało mi się spać. To, co A. ze mną przeszedł, wiemy tylko my. Mama nie radziła sobie z moim problemem, z resztą zaczynałam wtedy mieszkać sama i łatwo mi szło oszukiwanie jej. Ale w końcu nadszedł moment, że znalazłam się w szpitalu. Oddział zaburzeń odżywiania. Psychiatryk. Ponieważ byłam już pełnoletnia, po 3 tygodniach kuracji, wypisałam się na własne żądanie. Owszem, przytyłam 2kg, ale moja głowa nadal była chora. Wówczas myślałam, że dam sobie dalej radę sama. Że przecież muszę wyjść, bo studia, bo życie, bo tam mnie izolowali od rodziny, od A. Ale to jeszcze nie był TEN czas. Nadszedł on 3 lata później. A. postawił przede mną ultimatum. Albo wezmę się w garść, albo koniec z nami. Dodatkowo przerażał mnie fakt, że mogę już nigdy nie mieć dzieci, że być może za niedługo zniknę zagładzając się na śmierć...

 Moja wegetacja trwała 6 lat. 6 długich lat liczenia, przeliczania, oszukiwania bliskich i samej siebie, wyniszczania własnego organizmu . Nie pomogli mi psychologowie, dietetycy.

 POMOGŁAM SOBIE SAMA! 

Zrozumiałam, że chcę żyć, że wszystko zależy tylko i wyłącznie ode mnie. Że anoreksja siedzi w mojej głowie i sama muszę ją wziąć za bary! 
 
Od tamtego czasu minęło kolejnych 6 lat. Z czasem przestałam mieć wyrzuty sumienia po zjedzeniu łyżki oliwy, kromki chleba, nie zliczeniu dziennej dawki kalorii. Waga zaczęła iść w górę, ja zaczęłam mieć siłę i energię, zaczęłam żyć! 

To co pozostawiła na mnie ta choroba, to kompletnie rozregulowany metabolizm, układ hormonalny i czasem powracające złe myśli. Anorektyczką będę do końca życia, ale potrafię już walczyć. Obecnie, jak już wspomniałam, mam zdrowego synka (choć bez pomocy endokrynologa i wspomagaczy się nie obyło), rozwalone stawy, oraz kilka kilo nadwagi (niedoczynność tarczycy plus zbytnie folgowanie sobie w pewnym czasie). Jednak teraz mogę powiedzieć, że znalazłam równowagę. Czerpię przyjemność ze zdrowego stylu życia, treningów, dobrej diety. O tym właśnie będzie blog. Mam szczerą nadzieję, że komuś pomogę. Że ten ktoś zobaczy, że z anoreksji można wyjść, że można po niej normalnie żyć, i że warto! Może znajdzie inspirację w moich postach. A jeśli nawet będzie to jedna osoba, będzie to mój osobisty sukces!